poniedziałek, 5 sierpnia 2013

Rozdział 24



Sakura poszła za Haną z kuchni do salonu. Na małym stoliku przy oknie leżał duży zwój z szarego papieru. Był zabezpieczony pieczęcią.
- Kitou napisał – poinformowała Inuzuka.
- Zgodził się ze mną spotkać?
Zaprzeczyła.
- Napisał, że musi opuścić Mgłę.
- Jest tutaj?
- Przez ostatnie lata nie opuszczał tego kraju. Ale teraz musi. Poprosił mnie, żebym przygotowała dla niego kilka rzeczy. Trochę pieniędzy, leków…
- Bierze leki?
- Jest chory przez pracę przy broni biologicznej, nie w takim stopniu jak Kiri, ale…
Sakura spojrzała w okno. Było późne popołudnie. Właściwie to nie miała zamiaru wracać do siostry Kiby. Bo po co? Teraz było to już bez znaczenia. Jednak coś ciągnęło ją do tego miejsca.
- Kiedy dostarczysz mu te leki?
- Nie ja. Ty.
- Czy on o tym wie?
- Nie.
- Czy to się może udać?
- Musisz się o to postarać. To ty będziesz miała paczkę. Bez tych leków i pieniędzy on nigdzie się nie ruszy. Musisz go skłonić do mówienia, a potem zdecydować, ile z tego, co powiedział jest prawdą.
- Kiedy mam się z nim spotkać?
- Za szesnaście dni.
- Gdzie?
- Dwadzieścia kilometrów na północ stąd.

Sakura wracając do Wioski Shinobi, na wschód od ruin Kirigakure, postanowiła odwiedzić dzieci, którymi opiekował się Itachi. Znowu padało, białe płatki tańczące wokół okolicznych lampionów tworzyły dziwny, magiczny nastrój.
Zeszła po schodach na dół, gdzie było bardzo ciepło. W pokoju większość łóżek stała jeszcze pusta, godzina była dość wczesna. Niespodziewanie ktoś złapał ją od tyłu.
- Itachi! – Nie spodziewała się jego tutaj. On, nic nie mówiąc, zmierzył ją pytającym spojrzeniem, rozpiął jej płaszcz i zaprowadził ją do jadalni, mieszczącej się w betonowej piwnicy.
Pod sufitem zwisała plątanina rur, na podłodze stały proste stoły z ławami po obu stronach. Jedzenie wydawała Raicho zza stołu na końcu pomieszczenia. Dzieci ustawiały się w kolejce i odbierały swoje racje.
- Muszę odwiedzić dzieci w drugim budynku, zostań tutaj. – Wyszeptał jej do ucha i wyszedł.
Sakura usiadła przy jednej z ław obserwując młodych podopiecznych Uchihy. Raicho dosiadła się do niej.
- Itachi różni się od innych – powiedziała po jakimś czasie popijając herbatę.
- Jakich „innych”? – zapytała Sakura.
- Shinobi, których poznałam. Te dzieci zrobiłyby dla niego wszystko. Bo on nie tylko daje nam środki na życie. On jest w to zaangażowany.


Wracamy do domu. Śnieg tłumi odgłosy lasu. Itachi wydaje się pogrążony w rozmyślaniach.
- O czym myślisz? – pytam.
- O niczym.
- Nieprawda.
- To nie ma znaczenia.
- Teraz już ma.
- Myślałem o tym, co kiedyś robiłaś.
Nie jest to odpowiedź, jakiej się spodziewałam. I nietrudno mi się domyślić, co dokładnie ma na myśli.
- Masz na myśli zabijanie czy seks w ramach misji?
- Próbowałem sobie wyobrazić, jak to jest.
- Nijak.
- Wiesz, o co mi chodzi.
- Uprawiałeś kiedyś seks z prostytutką?
Dziwne, ale wiem, co odpowie, już w chwili, kiedy zadaję pytanie.
- Tak – mówi bez chwili wahania. Proste stwierdzenie.
- I co wtedy czułeś?
- Chcesz usłyszeć, że czułem się winny?
- Chcę usłyszeć prawdę.
- Nic nie czułem. Był to czysto fizyczny akt.
Myślę o tym przez chwilę.
- Cóż, ze mną było tak samo.
Przez chwilę idziemy w milczeniu. Potem Itachi przerywa ciszę.
- Nie było w tym żadnych emocji?
- Żadnych. Musisz je zabić, zanim one zabiją ciebie.
- Wiem, przystosowujesz się. Zamykasz od środka, nie myślisz o przyszłości, o przeszłości, w ogóle o niczym nie myślisz.
- Nie czujesz tego, bez względu na wszystko. Pogrążasz się w hibernacji i czekasz, aż się skończy. Na początku myślisz, że to kwestia kilku minut. A potem okazuje się, że minęły lata.

Jesteśmy w jego mieszkaniu. Posprzątał, ale widać jeszcze ślady szaleństwa. Rozmawiamy przez chwilę, potem ja kładę się do łóżka. Nie jestem w stanie całkowicie się rozebrać, więc zostaję w podkoszulce. Leżę pod kołdrą i słucham, jak Itachi chodzi po pokoju obok.
Najpierw czuję jego palce między udami, a potem w środku. Potem jego język. Ja nie robię nic. Leżę na wpół uśpiona, rozluźniona, i wydaje mi się, że tylko to sobie wyobrażam. Kiedy zdejmuje ze mnie podkoszulkę, przewraca mnie na brzuch i bierze od tyłu, czuję na sobie ciężar jego ciała, jego oddech na swojej skórze. To przyjemne. Dzisiaj pozwalam się wykorzystać i dobrze mi z tym.
Później żadne z nas nie mówi ani słowa.
Następne, co czuję, to zapach herbaty. Otwieram oczy i widzę światło w szparze między zasłonami. Niebo jest błękitne, nie szare jak zwykle. Dostrzegam Itachiego, ma ręcznik owinięty wokół bioder i wilgotne włosy. Wkłada broń do kabury. Robi mi się smutno, ale tylko na chwilę, potem nagle ogarnia mnie radość. Czuję między nogami lepką wilgoć. To mógł być tylko cudowny sen, więc jestem wdzięczna za dowód, że to się naprawdę stało. Itachi zauważa, że już nie śpię, przynosi mi herbatę do łóżka i całuje na dzień dobry.
- Muszę wrócić do Oto na jakiś czas.
- A jeśli Kabuto nie pozwoli ci odejść?
- Będziemy musieli się zdecydować.
Przysiada na brzegu łóżka.
- Życie w ukryciu?
- Tak.
- Brzmi ekscytująco. Chociaż z doświadczenia wiem, że bardzo szybko stanie się nudno.
- Ale warto.
Przesuwam palcami po bliznach na jego brzuchu.
- Przynajmniej będziemy razem.
- I naprawdę wolni.
- Tak.
- Po raz pierwszy oboje będziemy wolni.


Mała wioska dwadzieścia kilometrów na północ od domu Hany Inuzuki była naprawdę bardzo mała. Składała się z setek straganów i wąskich alejek. Sakura wątpiła, by ktokolwiek mieszkał tu na stałe.
Było tutaj sporo ludzi: ponure, czarno odziane postacie, które zajmowały się handlem najróżniejszych rzeczy. Dopiero po chwili kunoichi uświadomiła sobie, gdzie się znajduję. Targowisko Uonuma cieszyło się opinią najtańszego w Kraju Wody, przyciągając kupujących nie tylko z tych rejonów, ale i z dalekich stron.
Sakura widziała odzież dla shinobi w dość przystępnej cenie. Pasty do zębów, płaszcze, słoiki z herbatą, sakkaty, pościele. Bardziej wartościowe rzeczy, jak katany, wisiały na drągach wysoko ponad straganami, poza zasięgiem złodziejskich łap.
Ranek był mroźny, niebo bezchmurne. Na ziemi, pod warstwą śniegu, krył się lód, przez co każdy nieostrożny krok groził upadkiem. Mężczyźni i kobiety, młodzi i starzy, wszyscy tłoczyli się na straganach. Niektórzy ładowali swoje zakupy do małych wózków na kółkach. Pochodzenie niektórych sprzedawców zdradzał ich ubiór, niekiedy wygląd: ciemna karnacja z Kumogakure, szczelne odzienie z Kusa, wąskie, skośne oczy z Suny.
Sakura dotarła do końca alejki. Grupa shinobi zebrała się przy jednym ze straganów. Ciemnoskórzy, jasnowłosi, sprawiali wrażenie ponurych i podejrzliwych. Wszyscy mieli na sobie brudne stroje shinobi ze skórzanymi dodatkami. Nie wyglądali na silnych, ale wolała nie rzucać się w oczy. Skręciła w prawo.
Kunoichi zaczęła liczyć stragany po lewej stronie. „Na pewno zauważysz te torby”, powiedziała Hana. Rzeczywiście. Na metalowych rusztowaniach wzniosły się ich całe sterty – wielkie plastikowe torby. „Trzy stragany dalej – dodała – obok jednorękiego handlarza, który sprzedaje różne rodzaje przypraw”.
Stragan osłaniała płachta błękitnego plastiku, zamocowana na drągach. Pod nią wisiały ubrania na wieszakach. Obok na stołku siedziała niska kobieta w grubym płaszczu, z zawiązaną na głowie kremową chustą w turkusowe kwiaty.
- Zastałam Kitou?
Kobieta nawet nie podniosła wzroku.
- Kogo?
- Kitou.
- Nie znam nikogo o tym imieniu.
- Naprawdę?
- Jak chcesz coś kupić, to kupuj. A jak nie, to spierdalaj.
- Hana nie mogła przyjść. Przysłała mnie.
- Jaka Hana?
Sakura podeszła bliżej i zniżyła głos.
- Słuchaj, widzisz tę torbę? Jeśli mu jej nie dam, będzie miał problem. A jeśli nie zobaczę go w ciągu następnych dziesięciu sekund, zabieram się stąd i tyle. Torbę wrzucę do rzeki i zniknę. Do czasu, kiedy będę już w Kraju Ognia, zdążę zapomnieć, kto to jest Kitou. Tak jak ty. Chyba że…
Zza plastikowej zasłony po drugiej stronie straganu nagle wyłonił się jakiś mężczyzna. Wyglądał całkiem dobrze jak na swoje trzydzieści osiem lat. Nie rzucał się w oczy, miał dość pospolitą urodę. Sakura kojarzyła go ze szpitala w Liściu.
- Co się stało Hanie, Haruno?
- Nic. Wszystko w porządku. Przysłała mnie w zastępstwie.
Kitou pokręcił głową i spojrzał na torbę.
- Co przyniosłaś?
- Wszystko, o co prosiłeś.
- Czego chcesz?
- Chcę się jak najwięcej dowiedzieć o broni biologicznej, której byłeś współtwórcą. Możesz opuścić rutynowe: „Nie wiem, o czym mówisz”.
- Skąd o tym wiesz?
- Kiri powiedział mi wszystko, co wiedział, kiedy spotkałam się z nim na zachód stąd.
- W takim razie nie mam nic więcej do powiedzenia.
- Ja to ocenię.
- Tu nie możemy rozmawiać. To zbyt ryzykowne.
- Cóż, nigdzie indziej nie pójdziemy. Im szybciej powiesz, co wiesz, tym szybciej będziesz mógł się stąd zabrać. Dlaczego uciekasz z Kraju Wody, Kitou?
- Do kogo przynależysz?
- Czy to ma jakieś znaczenie?
Obejrzał się przez ramię.
- Czy Kiri powiedział ci o wypadku w czasie badań?
- Tak.
- O tym zarażonym biologu i trzech innych ludziach, którzy zmarli?
- Tak.
Kitou przygryzł wargę.
- To nie był wypadek. Zostali celowo wysłani do strefy zakażonej. To był kontrolowany eksperyment. To jedyna rzecz, o której nie wie Kiri. Torba. Proszę…
- Dlaczego chcesz uciec?
- Proszę…
- Dlaczego?
- Taka mnie szuka.
- Czego od ciebie chcą?
- Lojalności. Sądzą, że skoro pracowałem przy broni, która jest teraz ich własnością to…
- Wiesz, co Taka zrobi teraz z tą bronią?
- Słyszałem, że Akatsuki połączyło swoje siły z organizacją Uchihy i planują, gdzie użyć broni.
Historia zatoczyła pełne koło. Przed jej propozycją kupna za podwójną stawkę, właśnie tak miała wyglądać przyszłość dzieła Kitou. Tak jak Sakura się spodziewała. Nie będzie już żadnych niespodzianek. Podała torbę mężczyźnie, który spytał, czy może już odejść. Jak uczeń w akademii ninja. Jasne, odparła, dlaczego nie? Na jego twarzy odbiła się ulga. A zaraz potem przerażenie.
Sakura obejrzała się przez ramię. Z tłumu oderwało się dwóch shinobi: jeden wysoki, drugi niski; obaj w ciemnych płaszczach i sakkatach. Kitou zniknął. Natychmiast skorzystała ze sposobności, wymykając się tą samą drogą, którą przyszedł. Kobieta, która siedziała na stołku, wstała i wmieszała się w tłum. Sakura odwróciła się i ruszyła w ślady Kitou, za błękitną płachtą. Na tyłach straganów ruszyła przed siebie, depcząc po kartonowych pudłach, aż dotarła do wąskiej przerwy między stoiskami. Rozejrzała się. Kitou nie było już nigdzie widać. Po lewej dostrzegła postacie, które poruszały się szybciej niż sunący powoli tłum. Ruszyła w prawo i znalazła się na odcinku gładkiego, śliskiego lodu. Upadła, podcinając nogi kilku osobom. Na czworakach rzuciła się w lewo i wstała przy straganie, na którym sprzedawano sprzęt kuchenny. Wysoki shinobi wyrósł nagle przed nią, z ręką wzniesioną do ciosu. Zrobiła unik, dostrzegła kątem oka niskiego, obróciła się na prawej stopie i kopnęła go lewą w żuchwę. Zachwiał się dość mocno i upadł. Wysoki był znów tuż przy niej układając pieczęcie. Chwyciła katane z kabury, cofnęła się i zamachnęła ostrzem, uderzając napastnika, który korzystając z ninjutsu zamienił swoją skórę w skalną tarczę obronną. Katana zadrżała nie zadając mu żadnych obrażeń.
Wokół pojawiło się pięć nowych twarzy. Były coraz bliżej i wyrażały tępą determinację. Trzy po prawej, dwie po lewej. Wskoczyła na stragan, który zachwiał się gwałtownie i zeskoczyła na drugą stronę alejki. Potem zerwała się i rzuciła biegiem przed siebie, bez żadnego planu, roztrącając ludzi na boki. Biegnij, biegnij, nie zatrzymuj się. Z każdym krokiem była szybsza, silniejsza, zwinniejsza. Po chwili dostrzegła przed sobą kunoichi o bursztynowych oczach. Była to ostatnia rzecz, jaką zapamiętała.